Tata Potwora

Blog szalonego taty

Tag: rodzicielstwo (Page 1 of 48)

Edukacja domowa, cz. 4

Po poprzednim wpisie napisał do mnie przyjaciel. Stwierdził, że nie dość wyraźnie podkreśliłem jedną kwestię. Zatem odniosę się do niej już na samym początku. Edukacja domowa nie oznacza, że dziecku ogranicza się kontakty z innymi dziećmi czy osobami spoza wąskiego grona wyselekcjonowanych przez rodziców dorosłych. Taki układ, choć stosowany przez niektórych, jest w zasadzie zaprzeczeniem idei edukacji domowej, która ma pozwalać rozwijać się dziecku we własnym tempie i w przez nie wybranym kierunku.

Edukacja domowa pozwala odnaleźć własne autorytety

Edukacja domowa nie powinna być zamknięciem dziecka w czterech ścianach i zmuszaniem go do kontaktów tylko z rodzicami. To raczej wolnościowa idea, której celem jest dostarczenie rozwijającemu się dziecku jak najszerszej gamy doświadczeń. Również ze strony autorytetów zewnętrznych.

Tutaj odniosę się do uwag mojego drugiego kolegi, który porusza właśnie kwestię autorytetów. Ponownie opowiem najpierw o moich własnych doświadczeniach. Ze szkolnych nauczycieli (z etapów zarówno podstawówki, jak i szkoły średniej) niewielu mogę uznać za autorytet. W zasadzie na myśl przychodzi mi tylko mój wychowawca z klasy IV podstawówki. Zapalony geograf, który potrafił zachęcić nas do aktywności także poza klasą i szkołą. Wspólne wycieczki, harcerstwo, poznawanie tego, co w klasie, również w terenie. Czuć było u niego pasję, chęć i umiejętności przekazywania wiedzy. Niestety zmienił potem szkołę i już więcej nasze drogi się nie skrzyżowały. Zapamiętałem go jednak na zawsze.

Gdy patrzę wstecz byli też nauczyciele, którzy imponowali mi wiedzą, jak wychowawczyni ze szkoły średniej. Byli też tacy, którzy rozwijali w nas inne zainteresowania, jak nauczyciel od PO, który ciągał nas w wakacje na trampingi. Jednak na tym lista autorytetów szkolnych zasadniczo się kończy. Niewiele tego, jak na 12 lat przymusowej edukacji.

Dlatego też nie specjalnie przejmuję się argumentem, że edukacja domowa nie pozwala dzieciom obcować z autorytetami. Powiedziałbym, że mają nawet większe szanse się z nimi zetknąć, o ile rodzice im to umożliwią. Po pierwsze, mogą korzystać z pomocy nauczycieli przedmiotowych, którzy współpracują z placówką, do której przypisane jest dziecko. Przypisane, bo mimo nauki w domu, musi mieć wyznaczoną szkołę, bo system tak działa i już. Po drugie, rodzice mogą zabierać dzieci na ciekawe zajęcia, prowadzone przez prawdziwych pasjonatów. Mogą to być nawet znajomi rodziców, którzy wykonują interesujący zawód. Możliwości jest tutaj wiele.

Edukacja domowa nie jest też dla każdego. Trzeba na nią poświęcić czas i raczej ciężko jest ją prowadzić, gdy oboje rodziców pracuje w sztywnych ramach ośmiogodzinnego etatu. Nasz eksperyment trwa już ponad pół roku. Wyniki poznamy w maju, gdy młody przystąpi do egzaminów. Na pewno ma dużo więcej czasu dla siebie, a my mamy go mniej. Na pewno mamy więcej pracy, zwłaszcza jego mama, która wzięła na siebie obowiązki edukacyjne. Postaram się też zamieścić tutaj wypowiedź młodego. W końcu to on jest głównym beneficjentem tego systemu. Niech sam opowie, czy ma to sens.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Edukacja domowa, cz. 2

Miałem dziś pisać o tym, że edukacja domowa jest tłamszona w Polsce przez zbędną biurokrację, ale możliwe, że zostawię to do kolejnego wpisu. Dziś chciałbym się odnieść do pytań i komentarzy. Myślę, że będzie to dobra wskazówka dla osób, które rozważają przejście na ten rodzaj nauczania.

Edukacja domowa rozwija kreatywność

Edukacja domowa to przede wszystkim codzienna praca. Jak zatem wygląda nasz dzień i co się zmieniło? Zacznijmy od tego, że Mama Potwora wykonuje wolny zawód, w związku z czym może poświęcić swój czas na nauczanie kontrolę edukacji młodego. Poza naturalnymi predyspozycjami, ma też wykształcenie związane z nauczaniem, więc jest jej zdecydowanie łatwiej. Codziennie, od poniedziałku do piątku, spędza z młodym 3 do 4 godzin na realizacji podstawy programowej. Uczą się języka polskiego, matematyki, angielskiego i wszystkich innych potrzebnych rzeczy.

Moja szanowna małżonka poświęca swój czas na przygotowanie zajęć. Zawsze stara się prowadzić je w ciekawy sposób, choć korzysta z podręczników. Pewnych zadań nie da się zrealizować bez nich. I trzeba przyznać, że właśnie one najbardziej wkurzają młodego.

To nie jest tak, że edukacja domowa, to sielanka. Młody frustruje się, ma czasami dość, nie ma chęci, ani motywacji. Nie zapałał z dnia na dzień wielką chęcią do nauki, choć ta, która realizowana jest przez zabawę lub odkrywanie interesujących go rzeczy, idzie mu zdecydowanie łatwiej. Uwielbia programowanie i komputery. Robili zajęcia z bezpieczeństwa sieciowego na Sieciakach, uczył się mądrego korzystania z Google, YouTube’a i sieci jako takiej. Do tego doszedł edytor tekstu, grafiki oraz programowanie w Scratch Jr. z książki wydanej przez PWN “Scratch Jr. Oficjalny podręcznik”. Przerobiliśmy go od A do Z i młody potrafi zrobić swoją prostą grę w świecie Gwiezdnych Wojen, gdzie strzela się w różne rzeczy. Kolejny etap to będzie zwykły Scratch.

Zajęcia komputerowe interesują go najbardziej, ale te z matmy i języka polskiego też potrafią zainteresować. Przyznam, że moja żona staje na głowie, aby były interesujące. Jestem pod wielkim wrażeniem nakładu środków i energii, które temu poświęca.

Resztę dnia młody może zagospodarować sobie w dowolny sposób. Oczywiście czasem są wycieczki w teren, jak jest pogoda to spędza czas na podwórku. Może przez godzinę grać lub oglądać bajki. Tworzy własne budowle, pisze opowiadania, ale też bywa tak, że się nudzi. W środy ma basen ze mną, a w piątki ścianę wspinaczkową.

Edukacja domowa wymagała zmian także ode mnie. Mam to szczęście, że mam elastyczne godziny pracy. W związku z tym wstaję w tygodniu o 5:30 i zapylam do roboty na 6. Wychodzę o 14 i mogę przejąć młodego od żony, tym samym ją odciążając i pozwalając pracować zarobkowo. Gdy w końcu syn pada i śpi, mogę się zająć dodatkową pracą. W rezultacie padam na pysk około 23-24. Czasem mam szansę obejrzeć pół odcinka serialu, zanim zaryję nosem w poduszkę.

Edukacja domowa charakteryzuje się tym, że nie ma prac domowych. Po zakończeniu tych 3-4 godzin zajęć młody ma wolne. To jest fantastyczna sprawa. Czekamy aż zrobi się cieplej, bo wtedy będziemy mogli wychodzić na plac zabaw. Albo jak spadnie śnieg, żeby szaleć na sankach.

Na temat rejonizacji i paskudnych wymogów prawnych wypowiem się następnym razem. Czekam na dalsze pytania!

 

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Wyprawa duńska – dzień trzeci

Tego dnia mieliśmy w planach pławienie się. Po śniadaniu i spakowaniu gratów do samochodu, przejechaliśmy 300 metrów i udaliśmy do Lalandii. Z zewnątrz ten kompleks przypomina olbrzymi betonowy klocek z przytwierdzonym z boku wielkim kolorowym kołem. To jest potężna zjeżdżalnia w tropikalnym aquaparku. Mieliśmy okazję ją przetestować.

Wnętrze LalandiiPo wejściu do Lalandii opadły nam szczęki. Naszym oczom ukazała się włoska, a może hiszpańska uliczka wieczorową porą. Podświetlone lampami, malowidło błękitnego nieba, latarnie i stylizowane restauracje i domy robiły ogromne wrażenie.

Lalandia jest wielkim kompleksem rozrywkowym, który zapewnia także miejsca noclegowe, w dziesiątkach położonych za nią domków. Wypoczywający mogą korzystać z wielu atrakcji. Największą jest oczywiście tropikalny aquapark, ale jest tam jeszcze pole do minigolfa, małpi gaj, gdzie prowadzi się warsztaty dla dzieci, ścianka wspinaczkowa, lodowisko, a nawet niewielka górka do zjeżdżania na nartach.

Nas jednak interesował aquapark. Kiedy weszliśmy do olbrzymiej hali z ust młodego wydobyło się głośne “łał”. Szczególnie, gdy zobaczył olbrzymi plac zabaw wodnych dla dzieci, z dwoma zjeżdżalniami i olbrzymią wanną, która opróżniała się wielką kaskadą na skaczące radośnie dzieci. Nas bardziej zainteresowała płynąca leniwie wokół tego placu rzeka, gdzie można było wypocząć na oponie.

Widok na zamek w Kolding z naszego apartamentu

Widok na zamek w Kolding z naszego apartamentu

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od basenu ze sztuczną falą. Potem testowaliśmy małpie umiejętności młodego na basenie dla dzieci. Zjeżdżaliśmy na małym basenie, a potem poszliśmy na zjeżdżalnie. Na pierwszy ogień zabrałem czteroosobowy materac i poszliśmy na najbardziej hardkorowy zjazd. Ten, który widać było na zewnątrz budynku. Zaczęło się niewinnie, ot jedziemy sobie i mijamy zakręty. A potem nagle zobaczyłem, że kończy się rura. To znaczy nie kończyła się, tylko opadała pod ostrym kątem. Poszliśmy w dół jak bomba, a potem po olbrzymich ścianach. Młody i ja byliśmy zachwyceni. Mama młodego mniej i wyglądała, jakby chciała nas zamordować.

Dlatego na tę zjeżdżalnię poszliśmy jeszcze tylko raz, bo na tyle dała się namówić. Jeździliśmy za to rurami na jedno i dwuosobowych pontonach, a także na specjalnych dywanikach. Bardzo podobało nam się to, że młody mógł jechać wszędzie, choć na najostrzejszych trasach, tylko w towarzystwie osoby dorosłej.

Jeden z najbardziej charakterystycznych domów w Kolding

Jeden z najbardziej charakterystycznych domów w Kolding

Kiedy testowanie zjeżdżalni się nam znudziło, popławiliśmy się w jacuzzi i popłynęliśmy szybką rzeką. Okazało się, że wychodzi ona poza budynek. Na szczęście pogoda była ładna i przygrzewało słoneczko. Młodemu strasznie się to podobało i rzekę pokonaliśmy kilka razy.

W sumie bawiliśmy się na basenach ponad 6 godzin. Na tyle długo, że młodemu zrobiło się niedobrze. Wyszliśmy więc i ruszyliśmy w drogę do Kolding. Po drodze zatrzymaliśmy się przy fabryce LEGO, ale młody był już tak zmęczony, że nie miał siły wyjść z samochodu. Drogę do miasta przespał, a gdy weszliśmy do apartamentu padł i już nigdzie nie poszedł.

Kościół św. Mikołaja w Kolding

Kościół św. Mikołaja w Kolding

Dlatego zwiedzanie miasta odbywaliśmy w ratach, przy okazji polując na coś dobrego do jedzenia. Wyborów było wiele, więc oboje byliśmy usatysfakcjonowani. Młody spał i dopiero rano kolejnego dnia docenił uroki apartamentów w centrum miasta. Nasz apartament był okrągły, z przepięknym widokiem na zamek i jezioro. W pełni wyposażony, doskonale nadawał się na bazę wypadową.

Ratusz w Kolding

Ratusz w Kolding

Podczas zwiedzania miasteczka, zakupiłem piwo z lokalnego browaru – głowy nie urwało, ale było całkiem niezłe. Wieczorem siedzieliśmy w apartamencie i przez olbrzymie okna oglądaliśmy przepięknie podświetlony zamek. Kolejny dzień, miał przynieść nowe atrakcje.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Nie ma to jak choroba. Można usiąść z książką

 

Kiedy byłem w wieku szkolnym nawet lubiłem, gdy przychodziła choroba. To był ten czas, gdy rodzice pozwalali na więcej, a po jednym, dwóch dniach gorączki było już normalnie i człowiek siedział w domu, czytał komiksy, książki, jadł w łóżku i mógł oglądać telewizję na rozkładanym fotelu w dużym pokoju.

choroba

Z wiekiem chorowanie straciło wiele ze swego uroku. Po pierwsze każda choroba jest teraz jakaś taka bardziej męcząca. Do tego, odkąd pojawił się młody, to nie ma już spokojnego chorowania. Nie można się zabunkrować w łóżku z książką, komputerem czy konsolą. Jest tak samo, jak zawsze, tylko dochodzą dolegliwości przeróżne.

Weźmy takie dzisiaj. Młody wstał po 7 rano i grzecznie zajął się puszczaniem w kółko jednego utworu ze Star Wars na Spotify. Już było po spaniu. Potem kot nakasztanił potwornie do kuwety i nie zakopał (nos skręcało mimo kataru), więc trzeba było kuwetę oczyścić. Żwirek zapchał sedes. Trzeba było zabawić się w hydraulika, z młodym dobijającym się do drzwi, że on musi właśnie teraz, zaraz, natychmiast i już.

Po doprowadzeniu armatury i się do porządku, młodemu trzeba było zrobić śniadanie. Dobrze, że wiedział dokładnie czego chce, więc było łatwiej. Była 9 rano. Może uda się zawinąć w kocyk i poczytać książkę? Niedoczekanie!

– Tato! Nudzę się!

– I bardzo dobrze synu, nuda jest potrzebna do rozwoju wyobraźni.

– Ale jak tu przyjdziesz, to już się nie będę nudził.

Potem zabawa, sprzątanie pokoju młodego (dokładniej to odgruzowywanie), drugie śniadanie, walka o mycie zębów, o ubranie się, o spakowanie plecaka do szkoły. Tyle szczęścia, że tam odprowadziła go mama.

Usiadłem z książką. I przypomniałem sobie, że mam do napisania super ważny tekst na wczoraj. Napisałem.

Usiadłem z książką. Przypomniałem sobie, że jest piątek i trzeba napisać wpis na bloga. Piszę go właśnie.

Potem usiądę z książką… A nie, bo wtedy młody wraca ze szkoły i mamy grać w LEGO Star Wars. Potem obiad. Zabawy. Mycie i zaganianie młodego do łóżka.

A potem usiądę z książką…

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Gwiezdne Wojny rządzą

Nie musiałem długo czekać, aby młody wykazał, że dobrze jest znać Gwiezdne Wojny. W niedzielę pojechaliśmy do centrum handlowego, gdzie miały być różnorodne atrakcje związane z tym słynnym filmem. Nie muszę ukrywać, że młody nie mógł się doczekać i przebierał od rana nerwowo nogami. Jak się okazało było warto z wielu powodów.

Gwiezdne Wojny

Choć teren przeznaczony na atrakcje nie był zbyt duży, to jednak działo się tam całkiem sporo. Był zatem symulator X-Winga, gdzie siedziało się w wiernie odwzorowanej kabinie, miejsca do robienia zdjęć w kostiumach, testowanie nowych technologii, sterowanie robotami oraz strefa konkursowa.

Młody stwierdził, że on lubi Gwiezdne Wojny, ale nie będzie stał dwie godziny do X-Winga, bo może sobie polatać w domu w wersji LEGO. Zainteresowały go za to roboty. Obaj mieliśmy ubaw po pachy, bo obok R2-D2, BB-8 oraz Choppera, można było sterować Dalekiem. Dla niedoinformowanych, to taki zły z serialu Doctor Who.

Kiedy przyszła kolej na młodego załapał się na szkolenia armii rebeliantów. Dwie, przebrane za Jedi, panie szkoliły maluchy w formie sympatycznych zabaw ruchowych. Młody bawił się świetnie i robił najstraszniejsze miny na świecie. W nagrodę dostał plakat i poszedł dalej.

Akurat działo się coś na scenie konkursowej. Zanim się obejrzałem młody był już pod sceną i obserwował co się dzieje. Prowadzący zadawał różne pytania i za prawidłowe odpowiedzi rozdawał plakaty. Młody oczywiście plakat wygrał, a potem przyszła kolej na konkurs.

Z tłumu dzieciaków, prowadzący miał wybrać ośmioro, które zmierzą się w konkursie wiedzy. Wybierał losowo zgłaszające się dzieci i zadawał im pytanie. Jeżeli dziecko odpowiedziało, to trafiało na scenę. Młody znał odpowiedzi na WSZYSTKIE pytanie i gdy przyszła jego kolej oczywiście bez problemu odpowiedział, że ten śmieszny z uszami to Jar-Jar.

Potem nastąpiły ćwierćfinały. Liczyła się nie tylko wiedza, ale i to, kto szybciej odpowie. Młody rozgromił przeciwnika i trafił do półfinałów. Tu też nie dał starszemu koledze żadnych szans i trafił do finału. Mnie szczęka opadała coraz niżej. Głównie dlatego, że do tej pory nigdy nie udało nam się namówić potomka do udziału w żadnym konkursie. Ten był jego pierwszym.

Zaczął się finał. Z odpowiedzią na pierwsze pytanie (chodziło o Amidalę) szybszy był drugi zawodnik – starszy od młodego o trzy lata. I wtedy padło drugie pytanie. Z głośników leciała muzyka z pierwszego epizodu Gwiezdnych Wojen. Prowadzący zapytał: “Jaki tytuł ma ten utwór?”. Chwila wahania i młody bach – ręka do góry. I odpowiada “No przecież, że Duel of the fates”. Dźwięk opadających szczęk było słychać w całym centrum handlowym.

A potem przyszła kolej na finałowe pytanie, jak ma na imię i nazwisko słynna księżniczka z Gwiezdnych Wojen. Młody był pierwszy, ale z rozpędu się pomylił i odpowiedział Leia Amidala, choć jak sam przyznał wiedział, że Leia Organa. Widocznie emocje wzięły górę lub zasugerował się poprzednią odpowiedzią. Zajął jednak drugie miejsce i dostał w nagrodę figurkę Chewbacci do Disney Infinity.

Młody był bardzo zadowolony, a ja puchłem z dumy jak balon. To było niesamowite przeżycie, które uczciliśmy lodami, a po powrocie domową pizzą. Teraz młody zagląda do skarbonki czy stać go na Disney Infinity.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Page 1 of 48

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén