Tata Potwora

Blog szalonego taty

Tag: rodzicielstwo (Page 1 of 48)

Wyprawa duńska – dzień trzeci

Tego dnia mieliśmy w planach pławienie się. Po śniadaniu i spakowaniu gratów do samochodu, przejechaliśmy 300 metrów i udaliśmy do Lalandii. Z zewnątrz ten kompleks przypomina olbrzymi betonowy klocek z przytwierdzonym z boku wielkim kolorowym kołem. To jest potężna zjeżdżalnia w tropikalnym aquaparku. Mieliśmy okazję ją przetestować.

Wnętrze LalandiiPo wejściu do Lalandii opadły nam szczęki. Naszym oczom ukazała się włoska, a może hiszpańska uliczka wieczorową porą. Podświetlone lampami, malowidło błękitnego nieba, latarnie i stylizowane restauracje i domy robiły ogromne wrażenie.

Lalandia jest wielkim kompleksem rozrywkowym, który zapewnia także miejsca noclegowe, w dziesiątkach położonych za nią domków. Wypoczywający mogą korzystać z wielu atrakcji. Największą jest oczywiście tropikalny aquapark, ale jest tam jeszcze pole do minigolfa, małpi gaj, gdzie prowadzi się warsztaty dla dzieci, ścianka wspinaczkowa, lodowisko, a nawet niewielka górka do zjeżdżania na nartach.

Nas jednak interesował aquapark. Kiedy weszliśmy do olbrzymiej hali z ust młodego wydobyło się głośne “łał”. Szczególnie, gdy zobaczył olbrzymi plac zabaw wodnych dla dzieci, z dwoma zjeżdżalniami i olbrzymią wanną, która opróżniała się wielką kaskadą na skaczące radośnie dzieci. Nas bardziej zainteresowała płynąca leniwie wokół tego placu rzeka, gdzie można było wypocząć na oponie.

Widok na zamek w Kolding z naszego apartamentu

Widok na zamek w Kolding z naszego apartamentu

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od basenu ze sztuczną falą. Potem testowaliśmy małpie umiejętności młodego na basenie dla dzieci. Zjeżdżaliśmy na małym basenie, a potem poszliśmy na zjeżdżalnie. Na pierwszy ogień zabrałem czteroosobowy materac i poszliśmy na najbardziej hardkorowy zjazd. Ten, który widać było na zewnątrz budynku. Zaczęło się niewinnie, ot jedziemy sobie i mijamy zakręty. A potem nagle zobaczyłem, że kończy się rura. To znaczy nie kończyła się, tylko opadała pod ostrym kątem. Poszliśmy w dół jak bomba, a potem po olbrzymich ścianach. Młody i ja byliśmy zachwyceni. Mama młodego mniej i wyglądała, jakby chciała nas zamordować.

Dlatego na tę zjeżdżalnię poszliśmy jeszcze tylko raz, bo na tyle dała się namówić. Jeździliśmy za to rurami na jedno i dwuosobowych pontonach, a także na specjalnych dywanikach. Bardzo podobało nam się to, że młody mógł jechać wszędzie, choć na najostrzejszych trasach, tylko w towarzystwie osoby dorosłej.

Jeden z najbardziej charakterystycznych domów w Kolding

Jeden z najbardziej charakterystycznych domów w Kolding

Kiedy testowanie zjeżdżalni się nam znudziło, popławiliśmy się w jacuzzi i popłynęliśmy szybką rzeką. Okazało się, że wychodzi ona poza budynek. Na szczęście pogoda była ładna i przygrzewało słoneczko. Młodemu strasznie się to podobało i rzekę pokonaliśmy kilka razy.

W sumie bawiliśmy się na basenach ponad 6 godzin. Na tyle długo, że młodemu zrobiło się niedobrze. Wyszliśmy więc i ruszyliśmy w drogę do Kolding. Po drodze zatrzymaliśmy się przy fabryce LEGO, ale młody był już tak zmęczony, że nie miał siły wyjść z samochodu. Drogę do miasta przespał, a gdy weszliśmy do apartamentu padł i już nigdzie nie poszedł.

Kościół św. Mikołaja w Kolding

Kościół św. Mikołaja w Kolding

Dlatego zwiedzanie miasta odbywaliśmy w ratach, przy okazji polując na coś dobrego do jedzenia. Wyborów było wiele, więc oboje byliśmy usatysfakcjonowani. Młody spał i dopiero rano kolejnego dnia docenił uroki apartamentów w centrum miasta. Nasz apartament był okrągły, z przepięknym widokiem na zamek i jezioro. W pełni wyposażony, doskonale nadawał się na bazę wypadową.

Ratusz w Kolding

Ratusz w Kolding

Podczas zwiedzania miasteczka, zakupiłem piwo z lokalnego browaru – głowy nie urwało, ale było całkiem niezłe. Wieczorem siedzieliśmy w apartamencie i przez olbrzymie okna oglądaliśmy przepięknie podświetlony zamek. Kolejny dzień, miał przynieść nowe atrakcje.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Nie ma to jak choroba. Można usiąść z książką

 

Kiedy byłem w wieku szkolnym nawet lubiłem, gdy przychodziła choroba. To był ten czas, gdy rodzice pozwalali na więcej, a po jednym, dwóch dniach gorączki było już normalnie i człowiek siedział w domu, czytał komiksy, książki, jadł w łóżku i mógł oglądać telewizję na rozkładanym fotelu w dużym pokoju.

choroba

Z wiekiem chorowanie straciło wiele ze swego uroku. Po pierwsze każda choroba jest teraz jakaś taka bardziej męcząca. Do tego, odkąd pojawił się młody, to nie ma już spokojnego chorowania. Nie można się zabunkrować w łóżku z książką, komputerem czy konsolą. Jest tak samo, jak zawsze, tylko dochodzą dolegliwości przeróżne.

Weźmy takie dzisiaj. Młody wstał po 7 rano i grzecznie zajął się puszczaniem w kółko jednego utworu ze Star Wars na Spotify. Już było po spaniu. Potem kot nakasztanił potwornie do kuwety i nie zakopał (nos skręcało mimo kataru), więc trzeba było kuwetę oczyścić. Żwirek zapchał sedes. Trzeba było zabawić się w hydraulika, z młodym dobijającym się do drzwi, że on musi właśnie teraz, zaraz, natychmiast i już.

Po doprowadzeniu armatury i się do porządku, młodemu trzeba było zrobić śniadanie. Dobrze, że wiedział dokładnie czego chce, więc było łatwiej. Była 9 rano. Może uda się zawinąć w kocyk i poczytać książkę? Niedoczekanie!

– Tato! Nudzę się!

– I bardzo dobrze synu, nuda jest potrzebna do rozwoju wyobraźni.

– Ale jak tu przyjdziesz, to już się nie będę nudził.

Potem zabawa, sprzątanie pokoju młodego (dokładniej to odgruzowywanie), drugie śniadanie, walka o mycie zębów, o ubranie się, o spakowanie plecaka do szkoły. Tyle szczęścia, że tam odprowadziła go mama.

Usiadłem z książką. I przypomniałem sobie, że mam do napisania super ważny tekst na wczoraj. Napisałem.

Usiadłem z książką. Przypomniałem sobie, że jest piątek i trzeba napisać wpis na bloga. Piszę go właśnie.

Potem usiądę z książką… A nie, bo wtedy młody wraca ze szkoły i mamy grać w LEGO Star Wars. Potem obiad. Zabawy. Mycie i zaganianie młodego do łóżka.

A potem usiądę z książką…

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Gwiezdne Wojny rządzą

Nie musiałem długo czekać, aby młody wykazał, że dobrze jest znać Gwiezdne Wojny. W niedzielę pojechaliśmy do centrum handlowego, gdzie miały być różnorodne atrakcje związane z tym słynnym filmem. Nie muszę ukrywać, że młody nie mógł się doczekać i przebierał od rana nerwowo nogami. Jak się okazało było warto z wielu powodów.

Gwiezdne Wojny

Choć teren przeznaczony na atrakcje nie był zbyt duży, to jednak działo się tam całkiem sporo. Był zatem symulator X-Winga, gdzie siedziało się w wiernie odwzorowanej kabinie, miejsca do robienia zdjęć w kostiumach, testowanie nowych technologii, sterowanie robotami oraz strefa konkursowa.

Młody stwierdził, że on lubi Gwiezdne Wojny, ale nie będzie stał dwie godziny do X-Winga, bo może sobie polatać w domu w wersji LEGO. Zainteresowały go za to roboty. Obaj mieliśmy ubaw po pachy, bo obok R2-D2, BB-8 oraz Choppera, można było sterować Dalekiem. Dla niedoinformowanych, to taki zły z serialu Doctor Who.

Kiedy przyszła kolej na młodego załapał się na szkolenia armii rebeliantów. Dwie, przebrane za Jedi, panie szkoliły maluchy w formie sympatycznych zabaw ruchowych. Młody bawił się świetnie i robił najstraszniejsze miny na świecie. W nagrodę dostał plakat i poszedł dalej.

Akurat działo się coś na scenie konkursowej. Zanim się obejrzałem młody był już pod sceną i obserwował co się dzieje. Prowadzący zadawał różne pytania i za prawidłowe odpowiedzi rozdawał plakaty. Młody oczywiście plakat wygrał, a potem przyszła kolej na konkurs.

Z tłumu dzieciaków, prowadzący miał wybrać ośmioro, które zmierzą się w konkursie wiedzy. Wybierał losowo zgłaszające się dzieci i zadawał im pytanie. Jeżeli dziecko odpowiedziało, to trafiało na scenę. Młody znał odpowiedzi na WSZYSTKIE pytanie i gdy przyszła jego kolej oczywiście bez problemu odpowiedział, że ten śmieszny z uszami to Jar-Jar.

Potem nastąpiły ćwierćfinały. Liczyła się nie tylko wiedza, ale i to, kto szybciej odpowie. Młody rozgromił przeciwnika i trafił do półfinałów. Tu też nie dał starszemu koledze żadnych szans i trafił do finału. Mnie szczęka opadała coraz niżej. Głównie dlatego, że do tej pory nigdy nie udało nam się namówić potomka do udziału w żadnym konkursie. Ten był jego pierwszym.

Zaczął się finał. Z odpowiedzią na pierwsze pytanie (chodziło o Amidalę) szybszy był drugi zawodnik – starszy od młodego o trzy lata. I wtedy padło drugie pytanie. Z głośników leciała muzyka z pierwszego epizodu Gwiezdnych Wojen. Prowadzący zapytał: “Jaki tytuł ma ten utwór?”. Chwila wahania i młody bach – ręka do góry. I odpowiada “No przecież, że Duel of the fates”. Dźwięk opadających szczęk było słychać w całym centrum handlowym.

A potem przyszła kolej na finałowe pytanie, jak ma na imię i nazwisko słynna księżniczka z Gwiezdnych Wojen. Młody był pierwszy, ale z rozpędu się pomylił i odpowiedział Leia Amidala, choć jak sam przyznał wiedział, że Leia Organa. Widocznie emocje wzięły górę lub zasugerował się poprzednią odpowiedzią. Zajął jednak drugie miejsce i dostał w nagrodę figurkę Chewbacci do Disney Infinity.

Młody był bardzo zadowolony, a ja puchłem z dumy jak balon. To było niesamowite przeżycie, które uczciliśmy lodami, a po powrocie domową pizzą. Teraz młody zagląda do skarbonki czy stać go na Disney Infinity.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Używanie źródeł

Podobno jedną z największych bolączek współczesnej młodzieży jest brak umiejętności korzystania ze źródeł. Naukowcy z wielu krajów alarmują, że dzieci i młodzież bezkrytycznie przyjmuje informacje, jakie znajduje w sieci. Do tego nie potrafi zweryfikować ich prawdziwości, ani poszukać dodatkowych źródeł, które mogłyby rozszerzyć ich wiedzę. W rezultacie otrzymują powierzchowną wiedzę, która w zupełności wystarcza jednak, aby przebrnąć przez szkołę.

Korzystanie ze źródeł

Czytałem niedawno, że nawet dla nastolatków problemem jest korzystanie ze słownika, o prawdziwej encyklopedii nie wspominając. To trochę przerażające, ale są też iskierki nadziei. Ostatnio obserwowałem jak młody tworzy swoją wersję Gwiezdnych Wojen. Najpierw wytargał Atlas Galaktyczny, gdzie czytał sobie o którejś planecie. W pewnym momencie wyraźnie się nad czymś zamyślił. Odłożył książkę i pobiegł do swojego pokoju. Po chwili przyniósł z niego Encyklopedię Postaci LEGO Star Wars i zagłębił się w poszukiwaniu. Odnalazł wspomnianego w atlasie bohatera, zrobił notatkę na kartce i poszedł po album z Łotra 1, gdzie dokopał się do kolejnych interesujących go rzeczy. Potem sprawdził jeszcze coś na tablecie, dokończył notatki i wrócił do atlasu.

Z każdym kolejnym krokiem, jaki wykonywał, moja szczęka opadała coraz niżej. Młody nie ma jeszcze ośmiu lat, a już genialnie opanował umiejętność korzystania z wielu, różnorodnych źródeł informacji. W krótkim czasie dowiedział się wszystkiego, co było mu potrzebne do stworzenia pełnego obrazu wydarzeń w historii gwiezdnego uniwersum. Nie zdziwi was zapewne, że młody wie więcej o Gwiezdnych Wojnach niż ja. A co ciekawe, oglądał dotąd tylko starą trylogię.

Oczywiście ktoś może powiedzieć, że wychowuję geeka, a zebrana w ten sposób wiedza niczemu przecież nie służy. Być może, choć nie jest powiedziane, że za lat kilkanaście młody nie zostanie ekspertem od Gwiezdnych Wojen, któremu będą płacić za zebraną wiedzę. Co więcej, uważam, że umiejętność korzystania z wielu źródeł przyda się mu w innych dziedzinach życia. Dla niego jest to zupełnie naturalne i z czasem będzie mu tylko łatwiej. Młody niezmiennie mnie zaskakuje. W tej chwili chce zostać twórcą gier łączących wszystkie jego pasje. Ciekawe co będzie dalej.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Pięć powodów, dla których warto być tatą

Zgodnie z groźbą, znaczy obietnicą, przedstawiam wam pierwsze zestawienie z cyklu “pięć powodów”. Dziś biorę na warsztat rzeczy pozytywne, wynikające z mojego przerośniętego ego, samolubstwa i egoizmu.

Wyprawa na Kasprowy Wierch

Powód pierwszy – mogę bezkarnie kupować zabawki

To chyba najważniejszy powód, dla którego warto zostać tatą. Furda tam z tymi wszystkimi rozczulającymi scenkami, gdzie tatuś tuli dziecko, nosi na barana czy uczy jeździć na rowerku. To wszystko jest spoko i fajne, ale nie tak fajne, jak możliwość powrotu do dzieciństwa i kupowania zabawek i bawienia się nimi. Nie jestem jedynym tatą, który tak robi, ale wielu będzie się krygować i udawać, że “nie nie, oni wcale nie kupili tych zabawek z myślą o sobie, przecież to wszystko dla dobra dziecka…” Srututututu. Kłamcy przebrzydli.

Myślicie, że dlaczego wielu mężczyzn jest niespecjalnie szczęśliwych, gdy rodzi im się córka? Bo zakładają, kompletnie mylnie zresztą, że dziewczynki nie będą się chciały bawić czołgami, samochodami i klockami. Z czasem przekonują się, że nie jest to prawda, trzeba tylko odpowiednio skutecznie podsycać odpowiednie pasje i głęboko chować lalki. No dobra, nic o tym nie wiem, bo mam syna i w takiej sytuacji nie byłem. Ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że tak właśnie bym robił. W zasadzie to jestem tego pewien.

Powód drugi – mogę oglądać bajki

Bajki są zajebiste. Znaczy wiadomo, że fajnie czasem obejrzeć Niezniszczalnych czy krwawy horror, ale jest tylko fantastycznych bajek, że przegapianie ich uważam za zbrodnię. Można np. Bezkarnie ekscytować się przygodami kucyponków, Ninja Go, Nexo Knights, Maszy i Niedźwiedzia i wielu, wielu innych. Teoretycznie można się tam doszukiwać morałów, głębokich edukacyjnych treści, ale powiedzmy sobie szczerze, że Strusia Pędziwiatra nie oglądam dla pogłębionej psychologii postaci. Choć Kojotowi determinacji odmówić nie potrafię.

Najlepsze jest to, że mogę te bajki oglądać też bez dziecka tłumacząc, że przecież sprawdzam czy aby się dla niego nadają. W końcu jako dobry ojciec, khe khe, znam poziom wrażliwości mojego potomka i potrafię ocenić czy rozpłacze się podczas oglądania Mój przyjaciel smok. Ja ryczałem już w piątej minucie filmu. Znaczy, że się nie nadaje.

Powód trzeci – mogę się wymówić z każdego spotkania

Nudna nasiadówka po pracy, gdzie każdy udaje, że lubi innych, choć normalnie pluje im do kawy i kopie doły? Dla ojca to nic trudnego. Mówisz, że dziecko ma biegunkę, grypę, trudne zadanie domowe, problemy emocjonalne czy co tam jeszcze. Nie jest ważne co powiesz.

Dziecko to perfekcyjna wymówka, pozwalająca uciec z każdego spotkania. Nawet takiego u Najwyższego Prezesa. Udajesz, że dostałeś smsa, robisz zatroskaną minę, mówisz “jejku jejku, moje dziecko ma ostry atak inchocyloglotofobii, muszę pilnie jechać do domu”. To nic, że nie masz pojęcia co właśnie powiedziałeś. Prawdopodobnie nikt z towarzystwa również. Jesteś wolny, a jeszcze pożegnają cię zatroskane spojrzenia i przyjacielskie poklepywanie po plecach.

Powód czwarty – mogę się opędzić od każdego natręta

Wyobraź sobie sytuację, że robisz właśnie coś bardzo ambitnego, jak np. przeklejanie treści z worda do excela. I przychodzi ktoś, kto opowiada o jakiś pierdołach, które nie dość, że przerywają twój skomplikowany proces myślowy, to jeszcze wypierają z umysłu obraz białych plaż czy ośnieżonych szczytów (u mnie to zwykle to drugie).

Wtedy sięgasz po telefon lub album ze zdjęciami i zaczynasz go szczegółowo omawiać. “A tu widzisz, jak młody w wieku 5 miesięcy miał zatwardzenie, a tu z kolei biegunkę, a tu zawartość pieluchy po odkorkowaniu…”. Niewielu jest zawodników, którzy to wytrzymają dłużej niż pięć minut. Chyba, że sami są ojcami, ale oni wiedzą, że czas jest cenny i nie zawracają ci głowy bez potrzeby.

Powód piąty – mogę przekazać mądrości pokoleniowe

Chyba każdy słyszał w dzieciństwie, albo i później, od swoich rodziców tekst “Poczekaj aż będziesz miał własne dzieci”. I wiecie co? Doczekałem się i rozumiem. A co więcej, mogę przekazać tę mądrość życiową własnemu synowi. Mogę straumatyzować kolejne pokolenie, tak jak sam byłem traumatyzowany. Niech się hultaj boi. Niech wie, że coś czai się na horyzoncie. Może czasem pomyśli zanim coś zrobi. Będzie miał swoje dzieci to się przekona… Że to fajna zabawa tak mówić.

I to w zasadzie wyczerpuje zagadnienie pięciu powodów, dla których warto być ojcem. Pewnie znalazło by się ich więcej, ale w sumie po co.

W kolejnym odcinku dowiecie się, o pięciu powodach, dla których nie warto być ojcem.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Page 1 of 48

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén