Tata Potwora

Blog szalonego taty

Tag: dziecko (Page 1 of 25)

Gwiezdne Wojny rządzą

Nie musiałem długo czekać, aby młody wykazał, że dobrze jest znać Gwiezdne Wojny. W niedzielę pojechaliśmy do centrum handlowego, gdzie miały być różnorodne atrakcje związane z tym słynnym filmem. Nie muszę ukrywać, że młody nie mógł się doczekać i przebierał od rana nerwowo nogami. Jak się okazało było warto z wielu powodów.

Gwiezdne Wojny

Choć teren przeznaczony na atrakcje nie był zbyt duży, to jednak działo się tam całkiem sporo. Był zatem symulator X-Winga, gdzie siedziało się w wiernie odwzorowanej kabinie, miejsca do robienia zdjęć w kostiumach, testowanie nowych technologii, sterowanie robotami oraz strefa konkursowa.

Młody stwierdził, że on lubi Gwiezdne Wojny, ale nie będzie stał dwie godziny do X-Winga, bo może sobie polatać w domu w wersji LEGO. Zainteresowały go za to roboty. Obaj mieliśmy ubaw po pachy, bo obok R2-D2, BB-8 oraz Choppera, można było sterować Dalekiem. Dla niedoinformowanych, to taki zły z serialu Doctor Who.

Kiedy przyszła kolej na młodego załapał się na szkolenia armii rebeliantów. Dwie, przebrane za Jedi, panie szkoliły maluchy w formie sympatycznych zabaw ruchowych. Młody bawił się świetnie i robił najstraszniejsze miny na świecie. W nagrodę dostał plakat i poszedł dalej.

Akurat działo się coś na scenie konkursowej. Zanim się obejrzałem młody był już pod sceną i obserwował co się dzieje. Prowadzący zadawał różne pytania i za prawidłowe odpowiedzi rozdawał plakaty. Młody oczywiście plakat wygrał, a potem przyszła kolej na konkurs.

Z tłumu dzieciaków, prowadzący miał wybrać ośmioro, które zmierzą się w konkursie wiedzy. Wybierał losowo zgłaszające się dzieci i zadawał im pytanie. Jeżeli dziecko odpowiedziało, to trafiało na scenę. Młody znał odpowiedzi na WSZYSTKIE pytanie i gdy przyszła jego kolej oczywiście bez problemu odpowiedział, że ten śmieszny z uszami to Jar-Jar.

Potem nastąpiły ćwierćfinały. Liczyła się nie tylko wiedza, ale i to, kto szybciej odpowie. Młody rozgromił przeciwnika i trafił do półfinałów. Tu też nie dał starszemu koledze żadnych szans i trafił do finału. Mnie szczęka opadała coraz niżej. Głównie dlatego, że do tej pory nigdy nie udało nam się namówić potomka do udziału w żadnym konkursie. Ten był jego pierwszym.

Zaczął się finał. Z odpowiedzią na pierwsze pytanie (chodziło o Amidalę) szybszy był drugi zawodnik – starszy od młodego o trzy lata. I wtedy padło drugie pytanie. Z głośników leciała muzyka z pierwszego epizodu Gwiezdnych Wojen. Prowadzący zapytał: “Jaki tytuł ma ten utwór?”. Chwila wahania i młody bach – ręka do góry. I odpowiada “No przecież, że Duel of the fates”. Dźwięk opadających szczęk było słychać w całym centrum handlowym.

A potem przyszła kolej na finałowe pytanie, jak ma na imię i nazwisko słynna księżniczka z Gwiezdnych Wojen. Młody był pierwszy, ale z rozpędu się pomylił i odpowiedział Leia Amidala, choć jak sam przyznał wiedział, że Leia Organa. Widocznie emocje wzięły górę lub zasugerował się poprzednią odpowiedzią. Zajął jednak drugie miejsce i dostał w nagrodę figurkę Chewbacci do Disney Infinity.

Młody był bardzo zadowolony, a ja puchłem z dumy jak balon. To było niesamowite przeżycie, które uczciliśmy lodami, a po powrocie domową pizzą. Teraz młody zagląda do skarbonki czy stać go na Disney Infinity.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Używanie źródeł

Podobno jedną z największych bolączek współczesnej młodzieży jest brak umiejętności korzystania ze źródeł. Naukowcy z wielu krajów alarmują, że dzieci i młodzież bezkrytycznie przyjmuje informacje, jakie znajduje w sieci. Do tego nie potrafi zweryfikować ich prawdziwości, ani poszukać dodatkowych źródeł, które mogłyby rozszerzyć ich wiedzę. W rezultacie otrzymują powierzchowną wiedzę, która w zupełności wystarcza jednak, aby przebrnąć przez szkołę.

Korzystanie ze źródeł

Czytałem niedawno, że nawet dla nastolatków problemem jest korzystanie ze słownika, o prawdziwej encyklopedii nie wspominając. To trochę przerażające, ale są też iskierki nadziei. Ostatnio obserwowałem jak młody tworzy swoją wersję Gwiezdnych Wojen. Najpierw wytargał Atlas Galaktyczny, gdzie czytał sobie o którejś planecie. W pewnym momencie wyraźnie się nad czymś zamyślił. Odłożył książkę i pobiegł do swojego pokoju. Po chwili przyniósł z niego Encyklopedię Postaci LEGO Star Wars i zagłębił się w poszukiwaniu. Odnalazł wspomnianego w atlasie bohatera, zrobił notatkę na kartce i poszedł po album z Łotra 1, gdzie dokopał się do kolejnych interesujących go rzeczy. Potem sprawdził jeszcze coś na tablecie, dokończył notatki i wrócił do atlasu.

Z każdym kolejnym krokiem, jaki wykonywał, moja szczęka opadała coraz niżej. Młody nie ma jeszcze ośmiu lat, a już genialnie opanował umiejętność korzystania z wielu, różnorodnych źródeł informacji. W krótkim czasie dowiedział się wszystkiego, co było mu potrzebne do stworzenia pełnego obrazu wydarzeń w historii gwiezdnego uniwersum. Nie zdziwi was zapewne, że młody wie więcej o Gwiezdnych Wojnach niż ja. A co ciekawe, oglądał dotąd tylko starą trylogię.

Oczywiście ktoś może powiedzieć, że wychowuję geeka, a zebrana w ten sposób wiedza niczemu przecież nie służy. Być może, choć nie jest powiedziane, że za lat kilkanaście młody nie zostanie ekspertem od Gwiezdnych Wojen, któremu będą płacić za zebraną wiedzę. Co więcej, uważam, że umiejętność korzystania z wielu źródeł przyda się mu w innych dziedzinach życia. Dla niego jest to zupełnie naturalne i z czasem będzie mu tylko łatwiej. Młody niezmiennie mnie zaskakuje. W tej chwili chce zostać twórcą gier łączących wszystkie jego pasje. Ciekawe co będzie dalej.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Imieniny mieć w dzień kota?

Pamiętam, jak mój tata, wyrażał oburzenie, że jego ukochany wnuk obchodzi imieniny w dzień kota. “Jak to w dzień kota?”, “Co to jest dzień kota?”, “Nie może mieć w jakiś inny dzień?”. Oczywiście całe to oburzenie było mocno na wyrost, bo dziadek młodego zwierzęta nawet lubił. I to nie koniecznie w formie mocno wysmażonego steku. Pamiętam, jak zawsze odgrażał się, że nie lubi kotów, ale jak tylko myślał, że nikt nie widzi to podkładał naszym kotom smaczne kąski do miseczki mówiąc “Macie tu wreszcie coś dobrego”. Także pewnie z czasem zaakceptowałby również dzień kota w imieniny wnuka.

dzień kota

Generalnie z imieninami młodego jest śmiesznie. Mama Potwora twierdzi, że obchodzenie imienin jest niepotrzebne. Z kolei u Taty Potwora były one obchodzone chyba huczniej niż urodziny. Trudno tu zatem o wypracowanie płaszczyzny porozumienia. Do tej pory imienin Potwora raczej nie obchodziliśmy, ale nadszedł ten moment, gdy trzeba było jednak to uczynić. Oczywiście jest to raczej skromna uroczystość – jakiś drobny prezent czy kilka słodyczy ponad dzienny limit dwóch.

Młody generalnie zapomina, że istnieje coś takiego, jak imieniny. Bardziej pamięta, że jest dzień kota. A z kotami to mu się różnie u nas układa. Obie koty są już wiekowe i mają swoje humory i zwyczaje. Zazwyczaj najpierw zabijają ofiarę, a potem zadają pytania, więc trzeba do nich podchodzić ostrożnie. Młody nauczył się tego dość szybko, ale czasem jeszcze wpada w konflikt ze zwierzyną. Zwłaszcza wtedy, gdy futrzaki zachowują się jak stado słoni i przewracają wszystko na półkach z LEGO. Wtedy jest niewesoło, bo są wyganiane z pokoju wrzaskiem i tupotem. O dziwo, uciekają. Są też chwile przyjaźni, gdy dają się pogłaskać, a nawet same podchodzą, żeby się trochę spoufalić.

Podobnie było dziś rano, gdy starsza kota łaskawie dała się podrapać młodemu za uchem. W końcu ma imieniny. Niech mu będzie. Ciekawe czy do wieczora uda się im utrzymać ten przyjazny nastrój. Jakoś w to wątpię.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

5 powodów, dla których nie warto być tatą

Niedawno przedstawiłem wam pięć powodów, dla których warto być tatą. Dziś czas na listę przeciwną. Z niej to dowiecie się, dlaczego całe to ojcostwo lepiej sobie darować i omijać z daleka wszystkie dzieci, a najlepiej i potencjalne kandydatki na żony i matki.

Będziesz spać jak ten kot. Wszędzie!

Powód pierwszy – pieluchy

Po narodzinach dziecka poznasz uroki pełnej pieluchy. Niewiele jest rzeczy bardziej obrzydliwych niż konieczność zmiany wypełnionej po brzegi i wyciekającej bokami pieluchy. Jeden cykl pieluchowy to, jak wyliczył mój zdesperowany kolega, około 4000 tysięcy wonnych bomb. Skutecznie wyeliminują cię z grona wytrawnych piwoszy czy winiarzy, bo swoje kursy kiperskie czy degustacyjne będziesz mógł wyrzucić do kosza.

Twój nos na co najmniej dwa lata jest wyłączony z użycia i przestaje rejestrować normalne zapachy. Za to na kilka metrów wyczujesz czy potomstwo zafundowało “kaka” czy “pipi”. W drugim roku po samej woni będziesz w stanie rozpoznać rodzaj i konsystencję wyżej wymienionych. A jak przytrafi ci się kolejne dziecko, to cykl zaczyna się od nowa.

Powód drugi – bunt x-latka

Na pewno słyszałeś o czymś takim jak bunt dwulatka czy innego “latka”. Przeczytałeś kilka mądrych artykułów i poradników, zatem wewnętrznie czujesz, że jesteś gotowy na wszystko. Bzdura! Dziecięce bunty nie mają żadnych przerw. Trwają 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu.

Nawet jak ci się wydaje, że chwilowo jest spokój, to tylko dlatego, że właśnie wzbierają, aby wybuchnąć ci w twarz w najmniej oczekiwanym momencie. Nie znasz dnia, ani godziny. Detonację może spowodować wszystko – od upuszczonej chusteczki do nosa po kolorek gatek misia. Mój syn zbliża się do 8 roku życia i jak dotąd serwuje bunty praktycznie codziennie. Posiadacze starszych pociech mówią, że wygląda to tak, aż do chwili, gdy latorośle wyprowadzą się na studia. Albo i dłużej.

Powód trzeci – “Tato to, tato tamto”

Jeżeli wydaje ci się, że nie masz teraz czasu, to właśnie ci się wydaje. Masz go mnóstwo. Możesz go marnotrawić pełnymi garściami i pławić się w błogostanie nicnierobienia. Potomstwo skutecznie wybije ci z głowy takie niemądre myśli, jak drzemka, odpoczynek, obejrzenie całego odcinka serialu na raz, przeczytanie dwóch stron książki lub gazety za jednym posiedzeniem, a nawet spokojne siedzenie na tronie.

Zawsze jest “Tato to!”, “Tato tamto!”, połączone z obowiązkowym szarpaniem za rękaw lub w skrajnych przypadkach nos, gdy słabo reagujesz na zaczepki. Dość powiedzieć, że czas wolny masz między 23:54, a 23:59, zanim padniesz twarzą w dół i spróbujesz zasnąć. Wyspać się też nie zdążysz, bo dziecko wstanie zanim na horyzoncie zamajaczą choćby pierwsze promienie słońca. Wskoczy ci na brzuch lub plecy i zażyczy sobie zabawy.

Powód czwarty – przeklęte klocki

Nie zna życia ten, kto nie wdepnął bosą stopą w LEGO. W ludzkiej skali bólu, jest on porównywalny jedynie z ukąszeniem przez bardzo wkurzoną hawajską czarną mrówkę, miażdżeniem jąder w imadle lub uderzeniem małym palcem u nogi w kant szafki. I teraz wyobraź sobie, że ten ból następuje znienacka, gdy półprzytomny idziesz się wysikać w środku nocy. Efekty są porażające. Nie dość, że umierasz z bólu, to zachęcone okrzykiem dziecko chce się bawić w Indian. Już po tobie.

Powód piąty – wieczny bałagan

Jesteś bałaganiarzem? Masz na biurku “twórczy chaos”? Poczekaj aż będziesz miał dziecko. Jedno, niespecjalnie ruchliwe stworzenie tego typu, jest w stanie doprowadzić do ruiny trzypokojowe mieszkanie w tych kilka sekund, jakie poświęcasz na wyjęcie z szafki kubka na kawę. Im dzieci jest więcej, tym demolka większa, a do tego dochodzi zmodyfikowana wersja powodu trzeciego, gdzie potomstwo skarży na siebie nawzajem i próbuje zabić rywali.

Musisz pogodzić się z tym, że wałek znajdziesz pod szafą, a swój ulubiony kubeczek w drobnych kawałkach we wszystkich pokojach i wannie. Próby sprzątania w ciągu dnia skazane są na niepowodzenie. Możesz jedynie starać się z grubsza ogarnąć chaos w czasie wolnym między 23:54, a 23:59. Potem zasypiasz oparty o miotłę.

I tak przez kolejne naście lat. Albo dłużej. Zastanów się zatem drogi czytelniku czy warto rezygnować ze snu, rozrywek i czasu wolnego. Dziecko albo zdrowie. Wybór należy do ciebie.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Pięć powodów, dla których warto być tatą

Zgodnie z groźbą, znaczy obietnicą, przedstawiam wam pierwsze zestawienie z cyklu “pięć powodów”. Dziś biorę na warsztat rzeczy pozytywne, wynikające z mojego przerośniętego ego, samolubstwa i egoizmu.

Wyprawa na Kasprowy Wierch

Powód pierwszy – mogę bezkarnie kupować zabawki

To chyba najważniejszy powód, dla którego warto zostać tatą. Furda tam z tymi wszystkimi rozczulającymi scenkami, gdzie tatuś tuli dziecko, nosi na barana czy uczy jeździć na rowerku. To wszystko jest spoko i fajne, ale nie tak fajne, jak możliwość powrotu do dzieciństwa i kupowania zabawek i bawienia się nimi. Nie jestem jedynym tatą, który tak robi, ale wielu będzie się krygować i udawać, że “nie nie, oni wcale nie kupili tych zabawek z myślą o sobie, przecież to wszystko dla dobra dziecka…” Srututututu. Kłamcy przebrzydli.

Myślicie, że dlaczego wielu mężczyzn jest niespecjalnie szczęśliwych, gdy rodzi im się córka? Bo zakładają, kompletnie mylnie zresztą, że dziewczynki nie będą się chciały bawić czołgami, samochodami i klockami. Z czasem przekonują się, że nie jest to prawda, trzeba tylko odpowiednio skutecznie podsycać odpowiednie pasje i głęboko chować lalki. No dobra, nic o tym nie wiem, bo mam syna i w takiej sytuacji nie byłem. Ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że tak właśnie bym robił. W zasadzie to jestem tego pewien.

Powód drugi – mogę oglądać bajki

Bajki są zajebiste. Znaczy wiadomo, że fajnie czasem obejrzeć Niezniszczalnych czy krwawy horror, ale jest tylko fantastycznych bajek, że przegapianie ich uważam za zbrodnię. Można np. Bezkarnie ekscytować się przygodami kucyponków, Ninja Go, Nexo Knights, Maszy i Niedźwiedzia i wielu, wielu innych. Teoretycznie można się tam doszukiwać morałów, głębokich edukacyjnych treści, ale powiedzmy sobie szczerze, że Strusia Pędziwiatra nie oglądam dla pogłębionej psychologii postaci. Choć Kojotowi determinacji odmówić nie potrafię.

Najlepsze jest to, że mogę te bajki oglądać też bez dziecka tłumacząc, że przecież sprawdzam czy aby się dla niego nadają. W końcu jako dobry ojciec, khe khe, znam poziom wrażliwości mojego potomka i potrafię ocenić czy rozpłacze się podczas oglądania Mój przyjaciel smok. Ja ryczałem już w piątej minucie filmu. Znaczy, że się nie nadaje.

Powód trzeci – mogę się wymówić z każdego spotkania

Nudna nasiadówka po pracy, gdzie każdy udaje, że lubi innych, choć normalnie pluje im do kawy i kopie doły? Dla ojca to nic trudnego. Mówisz, że dziecko ma biegunkę, grypę, trudne zadanie domowe, problemy emocjonalne czy co tam jeszcze. Nie jest ważne co powiesz.

Dziecko to perfekcyjna wymówka, pozwalająca uciec z każdego spotkania. Nawet takiego u Najwyższego Prezesa. Udajesz, że dostałeś smsa, robisz zatroskaną minę, mówisz “jejku jejku, moje dziecko ma ostry atak inchocyloglotofobii, muszę pilnie jechać do domu”. To nic, że nie masz pojęcia co właśnie powiedziałeś. Prawdopodobnie nikt z towarzystwa również. Jesteś wolny, a jeszcze pożegnają cię zatroskane spojrzenia i przyjacielskie poklepywanie po plecach.

Powód czwarty – mogę się opędzić od każdego natręta

Wyobraź sobie sytuację, że robisz właśnie coś bardzo ambitnego, jak np. przeklejanie treści z worda do excela. I przychodzi ktoś, kto opowiada o jakiś pierdołach, które nie dość, że przerywają twój skomplikowany proces myślowy, to jeszcze wypierają z umysłu obraz białych plaż czy ośnieżonych szczytów (u mnie to zwykle to drugie).

Wtedy sięgasz po telefon lub album ze zdjęciami i zaczynasz go szczegółowo omawiać. “A tu widzisz, jak młody w wieku 5 miesięcy miał zatwardzenie, a tu z kolei biegunkę, a tu zawartość pieluchy po odkorkowaniu…”. Niewielu jest zawodników, którzy to wytrzymają dłużej niż pięć minut. Chyba, że sami są ojcami, ale oni wiedzą, że czas jest cenny i nie zawracają ci głowy bez potrzeby.

Powód piąty – mogę przekazać mądrości pokoleniowe

Chyba każdy słyszał w dzieciństwie, albo i później, od swoich rodziców tekst “Poczekaj aż będziesz miał własne dzieci”. I wiecie co? Doczekałem się i rozumiem. A co więcej, mogę przekazać tę mądrość życiową własnemu synowi. Mogę straumatyzować kolejne pokolenie, tak jak sam byłem traumatyzowany. Niech się hultaj boi. Niech wie, że coś czai się na horyzoncie. Może czasem pomyśli zanim coś zrobi. Będzie miał swoje dzieci to się przekona… Że to fajna zabawa tak mówić.

I to w zasadzie wyczerpuje zagadnienie pięciu powodów, dla których warto być ojcem. Pewnie znalazło by się ich więcej, ale w sumie po co.

W kolejnym odcinku dowiecie się, o pięciu powodach, dla których nie warto być ojcem.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Page 1 of 25

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén