Tata Potwora

Blog szalonego taty

Tag: ojcostwo (Page 1 of 39)

Edukacja domowa, cz. 4

Po poprzednim wpisie napisał do mnie przyjaciel. Stwierdził, że nie dość wyraźnie podkreśliłem jedną kwestię. Zatem odniosę się do niej już na samym początku. Edukacja domowa nie oznacza, że dziecku ogranicza się kontakty z innymi dziećmi czy osobami spoza wąskiego grona wyselekcjonowanych przez rodziców dorosłych. Taki układ, choć stosowany przez niektórych, jest w zasadzie zaprzeczeniem idei edukacji domowej, która ma pozwalać rozwijać się dziecku we własnym tempie i w przez nie wybranym kierunku.

Edukacja domowa pozwala odnaleźć własne autorytety

Edukacja domowa nie powinna być zamknięciem dziecka w czterech ścianach i zmuszaniem go do kontaktów tylko z rodzicami. To raczej wolnościowa idea, której celem jest dostarczenie rozwijającemu się dziecku jak najszerszej gamy doświadczeń. Również ze strony autorytetów zewnętrznych.

Tutaj odniosę się do uwag mojego drugiego kolegi, który porusza właśnie kwestię autorytetów. Ponownie opowiem najpierw o moich własnych doświadczeniach. Ze szkolnych nauczycieli (z etapów zarówno podstawówki, jak i szkoły średniej) niewielu mogę uznać za autorytet. W zasadzie na myśl przychodzi mi tylko mój wychowawca z klasy IV podstawówki. Zapalony geograf, który potrafił zachęcić nas do aktywności także poza klasą i szkołą. Wspólne wycieczki, harcerstwo, poznawanie tego, co w klasie, również w terenie. Czuć było u niego pasję, chęć i umiejętności przekazywania wiedzy. Niestety zmienił potem szkołę i już więcej nasze drogi się nie skrzyżowały. Zapamiętałem go jednak na zawsze.

Gdy patrzę wstecz byli też nauczyciele, którzy imponowali mi wiedzą, jak wychowawczyni ze szkoły średniej. Byli też tacy, którzy rozwijali w nas inne zainteresowania, jak nauczyciel od PO, który ciągał nas w wakacje na trampingi. Jednak na tym lista autorytetów szkolnych zasadniczo się kończy. Niewiele tego, jak na 12 lat przymusowej edukacji.

Dlatego też nie specjalnie przejmuję się argumentem, że edukacja domowa nie pozwala dzieciom obcować z autorytetami. Powiedziałbym, że mają nawet większe szanse się z nimi zetknąć, o ile rodzice im to umożliwią. Po pierwsze, mogą korzystać z pomocy nauczycieli przedmiotowych, którzy współpracują z placówką, do której przypisane jest dziecko. Przypisane, bo mimo nauki w domu, musi mieć wyznaczoną szkołę, bo system tak działa i już. Po drugie, rodzice mogą zabierać dzieci na ciekawe zajęcia, prowadzone przez prawdziwych pasjonatów. Mogą to być nawet znajomi rodziców, którzy wykonują interesujący zawód. Możliwości jest tutaj wiele.

Edukacja domowa nie jest też dla każdego. Trzeba na nią poświęcić czas i raczej ciężko jest ją prowadzić, gdy oboje rodziców pracuje w sztywnych ramach ośmiogodzinnego etatu. Nasz eksperyment trwa już ponad pół roku. Wyniki poznamy w maju, gdy młody przystąpi do egzaminów. Na pewno ma dużo więcej czasu dla siebie, a my mamy go mniej. Na pewno mamy więcej pracy, zwłaszcza jego mama, która wzięła na siebie obowiązki edukacyjne. Postaram się też zamieścić tutaj wypowiedź młodego. W końcu to on jest głównym beneficjentem tego systemu. Niech sam opowie, czy ma to sens.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Edukacja domowa, cz. 2

Miałem dziś pisać o tym, że edukacja domowa jest tłamszona w Polsce przez zbędną biurokrację, ale możliwe, że zostawię to do kolejnego wpisu. Dziś chciałbym się odnieść do pytań i komentarzy. Myślę, że będzie to dobra wskazówka dla osób, które rozważają przejście na ten rodzaj nauczania.

Edukacja domowa rozwija kreatywność

Edukacja domowa to przede wszystkim codzienna praca. Jak zatem wygląda nasz dzień i co się zmieniło? Zacznijmy od tego, że Mama Potwora wykonuje wolny zawód, w związku z czym może poświęcić swój czas na nauczanie kontrolę edukacji młodego. Poza naturalnymi predyspozycjami, ma też wykształcenie związane z nauczaniem, więc jest jej zdecydowanie łatwiej. Codziennie, od poniedziałku do piątku, spędza z młodym 3 do 4 godzin na realizacji podstawy programowej. Uczą się języka polskiego, matematyki, angielskiego i wszystkich innych potrzebnych rzeczy.

Moja szanowna małżonka poświęca swój czas na przygotowanie zajęć. Zawsze stara się prowadzić je w ciekawy sposób, choć korzysta z podręczników. Pewnych zadań nie da się zrealizować bez nich. I trzeba przyznać, że właśnie one najbardziej wkurzają młodego.

To nie jest tak, że edukacja domowa, to sielanka. Młody frustruje się, ma czasami dość, nie ma chęci, ani motywacji. Nie zapałał z dnia na dzień wielką chęcią do nauki, choć ta, która realizowana jest przez zabawę lub odkrywanie interesujących go rzeczy, idzie mu zdecydowanie łatwiej. Uwielbia programowanie i komputery. Robili zajęcia z bezpieczeństwa sieciowego na Sieciakach, uczył się mądrego korzystania z Google, YouTube’a i sieci jako takiej. Do tego doszedł edytor tekstu, grafiki oraz programowanie w Scratch Jr. z książki wydanej przez PWN “Scratch Jr. Oficjalny podręcznik”. Przerobiliśmy go od A do Z i młody potrafi zrobić swoją prostą grę w świecie Gwiezdnych Wojen, gdzie strzela się w różne rzeczy. Kolejny etap to będzie zwykły Scratch.

Zajęcia komputerowe interesują go najbardziej, ale te z matmy i języka polskiego też potrafią zainteresować. Przyznam, że moja żona staje na głowie, aby były interesujące. Jestem pod wielkim wrażeniem nakładu środków i energii, które temu poświęca.

Resztę dnia młody może zagospodarować sobie w dowolny sposób. Oczywiście czasem są wycieczki w teren, jak jest pogoda to spędza czas na podwórku. Może przez godzinę grać lub oglądać bajki. Tworzy własne budowle, pisze opowiadania, ale też bywa tak, że się nudzi. W środy ma basen ze mną, a w piątki ścianę wspinaczkową.

Edukacja domowa wymagała zmian także ode mnie. Mam to szczęście, że mam elastyczne godziny pracy. W związku z tym wstaję w tygodniu o 5:30 i zapylam do roboty na 6. Wychodzę o 14 i mogę przejąć młodego od żony, tym samym ją odciążając i pozwalając pracować zarobkowo. Gdy w końcu syn pada i śpi, mogę się zająć dodatkową pracą. W rezultacie padam na pysk około 23-24. Czasem mam szansę obejrzeć pół odcinka serialu, zanim zaryję nosem w poduszkę.

Edukacja domowa charakteryzuje się tym, że nie ma prac domowych. Po zakończeniu tych 3-4 godzin zajęć młody ma wolne. To jest fantastyczna sprawa. Czekamy aż zrobi się cieplej, bo wtedy będziemy mogli wychodzić na plac zabaw. Albo jak spadnie śnieg, żeby szaleć na sankach.

Na temat rejonizacji i paskudnych wymogów prawnych wypowiem się następnym razem. Czekam na dalsze pytania!

 

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Edukacja domowa, cz. 1

Pytaliście jak wygląda edukacja domowa młodego. Zatem odpowiadam. Zdecydowaliśmy się na tę formę nauczania, bo mieliśmy już dość modelu, w którym dziecko nudziło się w szkole, a potem musiało realizować program w ramach pracy domowej. Wynikało to z równania w dół i poświęcania czasu lekcyjnego tym, co nie wyrabiali. To był powód pierwszy.

Edukacja domowa

Edukacja domowa zlikwidowała prace domowe, bo całość podstawy programowej da się, w przypadku edukacji wczesnoszkolnej, zamknąć w 3-4 godzinach spokojnej pracy dziennie. Resztę czasu dziecko może poświęcić na co tylko chce. To był powód drugi.

Zastanawialiśmy się czy młodemu nie będzie brakować kontaktów z kolegami. Biorąc pod uwagę, że większość ekipy w jego byłej klasie była zainteresowana piłką nożną, nie był to trudny wybór. Z dwoma kolegami, których lubił, młody widuje się co najmniej raz w tygodniu. Do tego jeździ na ściankę, gdzie też wspina się w grupie dziecięcej oraz chodzi na basen. Od wiosny dojdzie też plac zabaw, więc problemu nie ma.

Młody będzie musiał zdać egzamin. Mógłby zdać go już w marcu, ale jest też termin w maju. Tym samym będzie miał wakacje dużo wcześniej niż jego rówieśnicy snujący się z ciężkimi plecakami do szkoły.

To były główne powody naszej decyzji. Okazało się jednak, że przejście do systemu edukacji domowej nie jest takie łatwe. Nasz kochany kraj nie kocha indywidualistów i rzuca im kłody pod nogi. Jednak o tym w kolejnym wpisie.

Jeśli interesuje was jakiś konkretny aspekt edukacji domowej, to śmiało pytajcie. Postaram się o tym opowiedzieć w kolejnych postach.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Wyprawa duńska – dzień trzeci

Tego dnia mieliśmy w planach pławienie się. Po śniadaniu i spakowaniu gratów do samochodu, przejechaliśmy 300 metrów i udaliśmy do Lalandii. Z zewnątrz ten kompleks przypomina olbrzymi betonowy klocek z przytwierdzonym z boku wielkim kolorowym kołem. To jest potężna zjeżdżalnia w tropikalnym aquaparku. Mieliśmy okazję ją przetestować.

Wnętrze LalandiiPo wejściu do Lalandii opadły nam szczęki. Naszym oczom ukazała się włoska, a może hiszpańska uliczka wieczorową porą. Podświetlone lampami, malowidło błękitnego nieba, latarnie i stylizowane restauracje i domy robiły ogromne wrażenie.

Lalandia jest wielkim kompleksem rozrywkowym, który zapewnia także miejsca noclegowe, w dziesiątkach położonych za nią domków. Wypoczywający mogą korzystać z wielu atrakcji. Największą jest oczywiście tropikalny aquapark, ale jest tam jeszcze pole do minigolfa, małpi gaj, gdzie prowadzi się warsztaty dla dzieci, ścianka wspinaczkowa, lodowisko, a nawet niewielka górka do zjeżdżania na nartach.

Nas jednak interesował aquapark. Kiedy weszliśmy do olbrzymiej hali z ust młodego wydobyło się głośne “łał”. Szczególnie, gdy zobaczył olbrzymi plac zabaw wodnych dla dzieci, z dwoma zjeżdżalniami i olbrzymią wanną, która opróżniała się wielką kaskadą na skaczące radośnie dzieci. Nas bardziej zainteresowała płynąca leniwie wokół tego placu rzeka, gdzie można było wypocząć na oponie.

Widok na zamek w Kolding z naszego apartamentu

Widok na zamek w Kolding z naszego apartamentu

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od basenu ze sztuczną falą. Potem testowaliśmy małpie umiejętności młodego na basenie dla dzieci. Zjeżdżaliśmy na małym basenie, a potem poszliśmy na zjeżdżalnie. Na pierwszy ogień zabrałem czteroosobowy materac i poszliśmy na najbardziej hardkorowy zjazd. Ten, który widać było na zewnątrz budynku. Zaczęło się niewinnie, ot jedziemy sobie i mijamy zakręty. A potem nagle zobaczyłem, że kończy się rura. To znaczy nie kończyła się, tylko opadała pod ostrym kątem. Poszliśmy w dół jak bomba, a potem po olbrzymich ścianach. Młody i ja byliśmy zachwyceni. Mama młodego mniej i wyglądała, jakby chciała nas zamordować.

Dlatego na tę zjeżdżalnię poszliśmy jeszcze tylko raz, bo na tyle dała się namówić. Jeździliśmy za to rurami na jedno i dwuosobowych pontonach, a także na specjalnych dywanikach. Bardzo podobało nam się to, że młody mógł jechać wszędzie, choć na najostrzejszych trasach, tylko w towarzystwie osoby dorosłej.

Jeden z najbardziej charakterystycznych domów w Kolding

Jeden z najbardziej charakterystycznych domów w Kolding

Kiedy testowanie zjeżdżalni się nam znudziło, popławiliśmy się w jacuzzi i popłynęliśmy szybką rzeką. Okazało się, że wychodzi ona poza budynek. Na szczęście pogoda była ładna i przygrzewało słoneczko. Młodemu strasznie się to podobało i rzekę pokonaliśmy kilka razy.

W sumie bawiliśmy się na basenach ponad 6 godzin. Na tyle długo, że młodemu zrobiło się niedobrze. Wyszliśmy więc i ruszyliśmy w drogę do Kolding. Po drodze zatrzymaliśmy się przy fabryce LEGO, ale młody był już tak zmęczony, że nie miał siły wyjść z samochodu. Drogę do miasta przespał, a gdy weszliśmy do apartamentu padł i już nigdzie nie poszedł.

Kościół św. Mikołaja w Kolding

Kościół św. Mikołaja w Kolding

Dlatego zwiedzanie miasta odbywaliśmy w ratach, przy okazji polując na coś dobrego do jedzenia. Wyborów było wiele, więc oboje byliśmy usatysfakcjonowani. Młody spał i dopiero rano kolejnego dnia docenił uroki apartamentów w centrum miasta. Nasz apartament był okrągły, z przepięknym widokiem na zamek i jezioro. W pełni wyposażony, doskonale nadawał się na bazę wypadową.

Ratusz w Kolding

Ratusz w Kolding

Podczas zwiedzania miasteczka, zakupiłem piwo z lokalnego browaru – głowy nie urwało, ale było całkiem niezłe. Wieczorem siedzieliśmy w apartamencie i przez olbrzymie okna oglądaliśmy przepięknie podświetlony zamek. Kolejny dzień, miał przynieść nowe atrakcje.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Wyprawa duńska – dzień drugi

Obudził nas deszcz. Lało jak z cebra i potwornie wiało. Słowem, mieliśmy typowo duńską pogodę. Wybraliśmy się na pirackie śniadanie, po którym młody zachwycał się konsolami Nintendo w salce zabaw. Ponieważ ciągle lało i wiało, Mama Potwora stwierdziła, że ona poczeka do południa, gdy pogoda miała się poprawić, a my możemy sobie iść.

Alex w siedzibie LEGO

Młody w siedzibie LEGO

Ubraliśmy się na cebulkę, na wierzch zakładając nieprzemakalne ubrania i poszliśmy w stronę LEGOLANDU. Stwierdziliśmy jednak, że skoro potwornie leje, to zajrzymy jeszcze do siedziby LEGO, która znajduje się dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej. Tam młody zaznaczył swoją obecność budując swoje imię na tablicy z klocków. Zbudował też drugie, stojące na wielkim zbiorniku z klockami. Młody już wie, że będzie tam pracował, a hobbystycznie tworzył gry.

Trzeba się było podpisać

Trzeba się było podpisać

Kiedy szliśmy do LEGOLANDU potomek przemykał pod oknami pracowników LEGO, którzy trzymają na nich różne modele – w tym takie, których nie ma jeszcze w sprzedaży. Budził tym życzliwe uśmiechy i kilka osób nawet mu pomachało. Weszliśmy do LEGOLANDU i zaczęliśmy drugi dzień zabawy. W deszczu też jest tam co robić. Część atrakcji jest we wnętrzach, więc można się schować przed deszczem. Poza tym dość szybko przestało lać, a zaczęło mżyć.

W olbrzymim X-Wingu

W olbrzymim X-Wingu

Ponownie zaliczyliśmy atrakcje NinjaGo, Dom Strachów, kolejkę polarną, a także symulatory lotnicze. Gdy zrobiło nam się niedobrze poszliśmy oglądać pingwiny, a potem walczyliśmy z pożarem w specjalnej atrakcji. Ponieważ byliśmy jedyną drużyną, odnieśliśmy bezapelacyjne zwycięstwo. Zaczęliśmy też szukać atrakcji, których nie udało nam się zaliczyć poprzedniego dnia. Jeździliśmy smoczą kolejką górską, która zaczyna się dość niewinnie od przejazdu przez zamek i podziwiania dużej liczby rzeźb z klocków. Potem jest już szybka, bardzo przyjemna jazda. Jeździliśmy kolejką LEGO Technic, kręciliśmy się w pirackich baliach, a młody walczył na miecze z panem ze sklepu. Zbudował też sobie trzy figurki, które mógł później kupić. Strasznie mu się to podobało.

Własne budowle z LEGO są najlepsze

Własne budowle z LEGO są najlepsze

Wtedy do parku dotarła Mama Potwora. Nabyła cudownie żółte, oczo… płaszcze z logotypem LEGOLANDU. Razem poszliśmy na film 4D LEGO Przygoda. Zupełnie nowe przygody znanych bohaterów bardzo przypadły nam do gustu. Później młody potrzebował oddechu i budował swoje konstrukcje w sali LEGO Friends. Mama dała się też zaciągnąć na różne atrakcje, a Tata dzielnie sekundował.

Prezydenci z klocków LEGO

Prezydenci z klocków LEGO

Na koniec zostawiliśmy sobie przejazd kolejką dookoła Minilandu, czyli tej części parku, gdzie znajduje się mnóstwo budowli wykonanych z klocków. Jeżdżą tam pociągi, samochody, samoloty (nie latają) i pływają statki. Aby obejrzeć to wszystko dokładnie potrzeba około dwóch godzin – nam, z padającym ze zmęczenia młodym, wystarczyła jedna. Nowością są repliki najwyższych budynków świata i robią olbrzymie wrażenie. Jest też część poświęcona Star Wars i mnóstwo miast i miasteczek z całego świata. Wszystko w otoczeniu kwiatów, drzew i krzewów. Jest tam mnóstwo ruchomych i interaktywnych elementów. Tuż obok znajduje się też olbrzymia replika X-Winga, zbudowana w całości z klocków. W samym parku pełno jest elementów z klocków. W sumie jest ich podobno 65 milionów. Chodząc po parku, można w to uwierzyć.

Olbrzymie wieżowce z LEGO

Olbrzymie wieżowce z LEGO

Zakończyliśmy tradycyjnie w sklepie, po czym poszliśmy do poznanej poprzedniego dnia knajpki na pyszną pizzę. Wracaliśmy nad rzeczką, gdzie umieszczono kilkadziesiąt nowoczesnych rzeźb. Jedną z nich wykonano we współpracy z dziećmi. Po posiłku młody odzyskał energię i poleciał, tym razem z Mamą, na trampolinę. Ja odpoczywałem i zbierałem siły na kolejny dzień, gdzie mieliśmy odwiedzić Lalandię i wyruszyć do Kolding.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook

Page 1 of 39

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén