Umieranie to potwornie trudny temat do omówienia z dzieckiem. Pewnego wieczoru podczas rozmowy przy usypianiu tematyka zabłądziła w okolice miłości. Młody dywagował na temat tego, że najbardziej na świecie kocha mamę i tatę, ale że kocha też babcię. Zastanawiał się czy wszystkich można kochać tak samo, czy kocha się znajomych, czy tylko ich lubi. Starałem się odpowiadać jak najszczerzej, że zazwyczaj kocha się najmocniej własną rodzinę, zwłaszcza dzieci. Młody zapytał też czy kocham mamę i tatę. Stwierdziłem, że owszem, tyle że mojego taty już nie ma.

Mój ojciec zmarł w tragicznych okolicznościach, gdy młody miał zaledwie roczek i dwa miesiące. Zapytałem synka czy pamięta choć trochę dziadka, czy tylko ze zdjęć. Zamyślił się głęboko i odparł, że tylko ze zdjęć i wie, że dziadek nie żyje i że wyobraża sobie dziadka jako ducha. Ja stwierdziłem, że to pewnie jako dobrego ducha, który nad nim czuwa. A potem zobaczyłem łzy płynące po policzkach synka i zrobiło mi się tak strasznie źle i smutno. Chciałbym uchronić go przed takimi uczuciami, ale nie mogę, bo są przecież częścią cyklu życia.

Tata uwielbiał młodego, szalał na jego punkcie od chwili, gdy dowiedział się, że jest w drodze snuł plany wypraw, chciał kupić teleskop – był z wykształcenia fizykiem astronomem – i generalnie całe jego życie zaczęło się kręcić wokół wnuka. Był tym rodzajem dziadka, który rozpieszcza beznadziejnie młodzież i pozwala na wszystko. Uważam, że każdy powinien mieć kogoś takiego. Rodzice są od wychowania, oczywiście też od kochania, ale jednak powinni trzymać pewną dyscyplinę i dryg. A dziadkowie, ciotki czy kto tam akurat ma do tego smykałkę, powinni być odskocznią. Młody nie ma w tej chwili już nikogo takiego, a za chwilę będę musiał przeprowadzić z nim kolejną rozmowę o śmierci.

Śmierć w rodzinie to trudny czas dla dziecka

Gdy piszę te słowa moja mama zakończyła już walkę o życie. Długoletnia choroba, która przykuła ją w ostatnich latach do łóżka, w końcu upomina się o swoje. Choć chciałem, aby ten moment nigdy nie nastąpił, zadzwonił jednak telefon i dowiedziałem się, że przyszedł koniec. Z jednej strony było to dla niej wybawienie z morza cierpienia, z drugiej jest to dla nas niepowetowana strata.

Młody jeszcze nie wie, że nie ma już Babci. Był w tym czasie na wakacjach na morzem u drugiej Babci. Nie chciałem, być może niesłusznie, przerywać mu tego beztroskiego czasu tak ponurą informacją, ani ściągać go na pogrzeb. Wychodzę z założenia, że się jeszcze zdąży w życiu na te ponure uroczystości nachodzić. Ale teraz, gdy wraca z pięknych wakacji muszę przygotować się na rozmowę. I nie wiem jak się do tego zabrać. Znaczy wiem, że trzeba delikatnie, ale jednak wprost. Tylko brakuje mi słów. Mnie, który codziennie żongluje nimi w pracy i w życiu prywatnym.

Boję się, a raczej martwię, o jego reakcję. To bardzo uczuciowy młody człowiek i z pewnością nie przyjmie tego lekko. Co więcej, wiem, że gdy zobaczę u niego łzy to sam się rozsypię jak domek z kart. Do tej pory jakoś się trzymałem, ale tym razem pewnie nie dam rady. Może to dobrze, bo takie łzy pełnią przecież funkcję terapeutyczną – pomagają pogodzić się z nieuniknionym. To nie będą łatwe chwile.

Tyle rozterek, tyle strachu, tyle stresu. Skąd brać na to siły?

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook