Po sukcesie wyprawy do Ogrodzieńca, zdecydowano, że warto zabrać Potwora z kolegą na wyprawę niskogórską. W założeniu rodziców obu bestii, miały się one nakręcać wzajemnie do wysiłku i maszerowania po szlakach Beskidu Makowskiego. Plan zakładał start w schronisku w Kudłaczach, przejście na Lubomir, a potem powrót pętlą przez Porębę. Biorąc pod uwagę fakt, że Potwór wlazł na Kasprowy, wydawało się to niewielkim wysiłkiem. Jak zawsze, życie (oraz dzieci) zweryfikowały zapędy rodzicielskie.

Widoki z Beskidu Makowskiego

 

Przede wszystkim zmianie musiał ulec pierwszy odcinek trasy, gdy okazało się, że czerwonym szlakiem z Kudłaczy pędzi stado wściekłych rowerzystów. Dlatego nastąpiła szybka ucieczka na szlak czarny, który co prawda prowadzi do tego samego punktu, ale ma trochę ostrzejsze podejście. I tu zaczęły się schody. Młodzież zamiast nakręcać się do marszu, zaczęła nakręcać się do marudzenia, postojów i jęczenia, że nogi bolą, padają na twarz i w zasadzie to już zgon, kaplica i mogiła. Odrobiną motywacji była ucieczka jucznych wołów (w tej roli rodzice) z zaopatrzeniem. W końcu drużyna dotarła na szczyt Łysiny, gdzie nastąpił piknik. Wtedy też minął drużynę znajomy rodzic, biorący udział w wyścigu.

Wyprawa po szczytach Beskidu Makowskiego

Po popasie ekipa poczłapała szczytami na Lubomir, gdzie wedle mapy miało znajdować się obserwatorium astronomiczne. Ku radości rodziców oraz częściowemu znudzeniu młodzieży, można było je zwiedzać. Obejrzano zatem piękną prezentację tematyczną, stary teleskop, a także popatrzono sobie przez inne urządzenie na słońce. Później nastąpiło szukanie geoskrytki, mała awantura o to, kto ma zabrać zostawiony tam prezent (w rezultacie pozostał, bo trudno go było przepołowić), a następnie kolejny popas. Wędrówka powrotna pełna była jęków Potwora, że boli go głowa. Kolega wtórował mówiąc o bólu nóg. Jakim cudem ekipa dotarła do Łysiny, gdzie Tata Potwora odnalazł drugą geoskrytkę, tego nie wie nikt. Zejście do Kudłaczy też było pełne marudzenia, tonowanego przez popasy w krzakach jeżyn.

Jakimś cudem, Potwory, które nie miały siły iść, nabrały wigoru i szalały na placu zabaw. Potem była batalia obiadowa i zejście do samochodu. Niestety z kąpieli w rzece nic nie wyszło, bo słońce schowało się już za wzgórzami, a i dogodnego miejsca nie udało się łatwo zlokalizować. Potem jeszcze tylko plac zabaw w Myślenicach, porcja frytek i… Potwór padł w aucie i zachrapał. Kolega okazał się bardziej wytrzymały.

Po powrocie Tata Potwora dowiedział się, że góry sa niefajne, podobnie jak wspinaczka i spacery po lesie. Fajna jest czekolada, plac zabaw i jeżyny. Następną wyprawę rodzice odbędą chyba sami. Tylko komu podrzucić Potwora?

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook