Pierwszy weekend tego roku, który nadawał się do czegoś innego niż do szybkiego zapomnienia, Potworniccy spędzili u Wujka Potwora pod miastem. Pogoda była cudna. Słońce świeciło, bażanty grasowały koło płota, dziadkołaki przymykały chyłkiem na rowerach, a Tata i Wujek Potwora upychali w lodówce duży zapas słodowych napojów przyprawianych amerykańskimi odmianami chmielu. W tym czasie Potwór biegał trzema koleżankami i kolegą po ogrodzie. Co prawda ogród nie był miejscem, gdzie było najfajniej, dlatego co kilka chwil grawitował w stronę domu. Tam były zabawki i ciasto. Tata Potwora co jakiś czas upewniał się, że bestia uciekła ze słońca i gromkimi okrzykami zachęcał do wyjścia na zewnętrze celem zażycia niespotykanego w mieście tlenu.

iskry

Potwór po raz kolejny został wygoniony z domu. Z wielkim fochem poszedł do piaskownicy i zajął się budowaniem babek. Zachęcany przez córkę Wujka Potwora wspinał się na drewniany domek i bawił w rycerza ratującego księżniczki. Na miejscu była też zjeżdżalnia, która od słońa nagrzewała się dość mocno. Potwór oczywiście odkrył, że może się po niej poruszać w górę i w dół z pominięciem drabinki. Po pewnym zjeździe zatrzymał się zdumiony na dole i zakomunikował Tacie Potwora.

– Tato, jak pocieram zjeżdżalnię rękami to ikry lecą.

Na szczęście nie było samozapłonu, ale za to zaskoczony Tata Potwora wykazał się mistrzostwem zręczności. Zamknął mianowicie kluczyki od auta w bagażniku tegoż. Przez to Wujek Potwora miał okazję wybrać się na wyprawę do miasta po zapasowe kluczyki. Było wiele radości. Ale nikt nie spłonął.

Facebooktwittergoogle_plusmail
Facebook